czwartek, 26 lutego 2009

Niby śmiesznie a jednak przewidywalnie momentami aż do znudzenia anty. Antyspołeczny antybohater ma na pieńku ze wszystkimi których spotyka na swej emigracyjnej drodze.

Chiński właściciel sklepu z zabawkami i jego niepełnosprawny krewny. Polka bardzo otwarta na niebiałych mężczyzn. Grecka biolożka morska o wielkich aspiracjach i wątłym zdrowiu. Pakistańczyk z podejrzanie wypchanym plecakiem. Egocentryczny Hiszpan wlepiający mandaty z pasja inkwizytora. Angielska wschodząca gwiazda rocka progresywnego. Żyd z tajemniczą inskrypcją na przedramieniu. Polka ze zbyt dużą ilością funtów (wagi). Niemiecki gej, wielbiciel kolarstwa. To tylko niektóre z postaci mających nieszczęście spotkać na swej drodze Tomasza Płachtę. Znany czytelnikom z „Kronik socjopaty” Tomasz Płachta próbuje tym razem nad Tamizą udowodnić wszystkim swoją życiową zaradność ale z jego zdolnością do ściągania na siebie klopotow nie jest to zadanie proste. Czy w ogóle wykonalne dla notorycznego aspołecznika z niewyparzonym językiem w wielokulturowym świecie brytyjskiej metropolii, zdominowanym przez polityczna poprawność?”

Tomasz Płachta wyjeżdża do Londynu w poszukiwaniu lepszego życia. Ma skończone studia ale szuka dla siebie czegoś więcej niż siedzenia za biurkiem w Polsce. W Londynie pracuje w sklepie z zabawkami, w barze z kanapkami, w sklepie z płytami. W każdym z tych miejsc spotyka ludzi- klientów, współpracowników, szefów. I z każdym bez wyjątku ma na pieńku. Notorycznie i bez wyjątku obraza wszystkich których spotyka na swej drodze. Nie upiecze się nawet przypadkowo spotkanemu w autobusie współpasażerowi czy matce. Dyskutuje ze wszystkimi i na każdy temat, jednocześnie jest uszczypliwy i czasem wręcz sprawia mu przyjemność to dręczenie innych.

Wystarczy przytoczyć kilka przykładów z życia Tomasza P. W obecności Chińczyka naciąga skore przy oczach aby lepiej widzieć, w obecności niepełnosprawnego dziecka utyka i wciąż dręczy go pytanie jak doszło do wypadku), numer na ręce Żyda w restauracji bierze za sporządzoną na szybko notatkę.

Trzeba przyznać że momentami książka mnie bawiła, sytuacje wydawały się realne  (brak solidarności wśród Polaków na emigracji, miedzy ludzka obłuda i zakłamanie) ukazane niejako pod przykrywką żartu. Jednak wraz z ilością przeczytanych stron humor Koziarskiego mi się po prostu przejadł. Opisywane sytuacje stawały się łatwe do przewidzenia a sam bohater coraz bardziej mi się obrzydzał.

Autor posiada ogromne poczucie humoru, rażąca jest natomiast osoba głównego bohatera. Z całą pewnością nie chciałabym spotkać na swojej drodze obłudnego a jednak bardzo inteligentnego Tomasza Płachty.

Daniel Koziarski "Socjopata w Londynie", Prószyński i S-ka, Warszawa 2007

 
czwartek, 19 lutego 2009

„Mój dziadek był drzewem czereśniowym” to książka pełna wzruszeń. Kilka razy podczas lektury załamał mi się glos. Tytułowy dziadek to dziadek z marzeń każdego dziecka, a myślę ze tez i niejednego dorosłego.

„Opowieść o dziadku, który chodził po drzewie. I o wnuczku, który nauczył się tego od dziadka. O drzewie, które było dziadkiem, ale było tez mamą. O dojrzewaniu drzewa i o dojrzewaniu chłopca. O kwitnieniu i po przekwitaniu. O gęsi, która była babcią i o czereśniach, które latały jak spadochrony. A także- bo jakżeby inaczej_ o dobrych strażakach. I o tacie.

Czyli w największym skrócie- piękna opowieść o chłopcu, który wchodził w życie własne poprzez życie innych, wchodząc przy okazji na drzewo”

Antos to chłopiec zaczynający naukę w szkole, czyli taki zwyczajny 6-7 latek. Ma ogromne szczęście mieć wspaniałych kochających się dziadków Oktawiana i Teodore. Babcia choruje i wkrótce umiera. Dziadek zostaje sam i bliskość babci odnajduje w jej gęsi Celestynie. Napisałam we wstępie ze był to dziadek marzeń. Dziadek pozwala wspinać się na drzewo, mało tego sam tez się wspina, kąpie się z wnukiem w rzece wywołując przy tym niemałą sensacje, robi na śniadanie kogel-mogel, a co najważniejsze potrafi doskonale wytłumaczyć nawet najtrudniejsze sprawy. To właśnie on pomaga Antosiowi po śmierci babci. I mimo iż w rodzinie uchodzi za szaleńca to on nawiązuje najsilniejszą wieź z wnukiem. Daje mu silne fundamenty na przyszłość.

Najbardziej ujęło mnie w książce to ze dotyczy tak trudnych spraw. Choroba, śmierć bliskich osób to bardzo trudne tematy, zwłaszcza do rozmowy z dzieckiem. Angela Nanetti poradziła sobie z tym wręcz znakomicie. Świetnie również ukazuje świat przeżyć dziecka, doskonale oddaje jego emocje. I chyba właśnie dzięki temu książka wzrusza. Daje nam się wczuć w świat Antosia i na równi z nim przeżywać stratę.

Tym trudniej czytało mi się fragmenty książki, ale równocześnie tez była to lektura wzbogacająca, ze sama mam takiego dziadka. Dziadka który zabierał nas na lody, który kupował całą paczkę gum do żucia i mimo iż bolały nas szczeki wracaliśmy do domu szczęśliwi, dziadka który teraz swoje prawnuki potrafi rozbawić tak że z powodu radosnych pisków sąsiedzi wychodzą z domów( a wcale nie mieszkają blisko). Ogromnie się cieszę że mam te wspomnienia, i że równie wspaniałe wspomnienia będą miały moje dzieci.

Zdecydowanie polecam!! Myślę jednak że książka nie nadaje się do samodzielnego czytania przez młodsze dzieci. Na pewno warto po lekturze z dzieckiem porozmawiać.

Angela Nanetti "Mój dziadek był drzewem czereśniowym", Nasza Księgarnia, Warszawa 2007

poniedziałek, 16 lutego 2009

Czerwony rower” Antoniny Kozłowskiej to mój jakże trafiony prezent urodzinowy. Nie wiem dlaczego, ale biorąc książkę do ręki miałam wrażenie że to takie lekkie babskie czytadelko. Bardzo się cieszę że się pomyliłam.

„Łączy je przyjaźń. A może tylko tajemnica z przeszłości i poczucie winy? Karolina- córka ubeka, dziennikarka. Beata- wnuczka bogatych dziadków, żona biznesmena. Gośka- córka badylarza, dziś szczęśliwa żona i matka. Znają się od czwartej klasy podstawówki, razem dorastały. Przeszłość je naznaczyła i wciąż rzuca cień na ich dorosłe życie. Kiedy ich dawny sekret, może wyjść na jaw, wracają wspomnienia...

Historia dorastania i dziewczęcej przyjaźni- przyjaźni „na śmierć i życie”, choć niełatwej, pełnej konfliktów i rywalizacji. Opowieść o kobietach z poplątanymi życiorysami i bliznami, jakie zostawiło życie. Prawdziwa, ale i bolesna. Poruszająca.”

Bohaterki powieści to przyjaciółki. Według notki redakcyjnej trzy, według mnie cztery. Trzy jawnie występują w książce, czwarta popełniła samobójstwo, ale wciąż żyje w opowieściach przyjaciółek i to właśnie ona wywarła największy wpływa na ich przyszłość, mimo iż nieobecna to wokół niej toczy się powieść.

Każda z nich skrywa jakąś tajemnice z przeszłości, a łączy je wspólna tajemnica zagadkowej śmierci koleżanki na którą jak im się wydaje miały niemały wpływ.

Autorka rewelacyjne oddała realizm lat 80 w Polsce bo właśnie wtedy dzieje się akcja powieści. Przypomniała mi o wielu rzeczach z dzieciństwa o których zupełnie zapomniałam a dzięki książce wspominam nawet z pewnym wzruszeniem? Może się starzeje?;)

Pamiętacie tenisówki czeszki, radiomagnetofony Grundig, marmurkowe kurtki dżinsu?

Książkę czyta się bardzo dobrze, ten element tajemnicy trzyma w napięciu do samego końca i tym samym wciąga. To kolejna książka polskiej autorki którą naprawdę jestem zachwycona.

Okazało się że Antonina Kozłowska napisała jeszcze jedna powieść, debiutancką „Trzy połówki jabłka”. Nie pozostaje mi nic innego jak zacząć się za nią rozglądać.

Antonina Kozłowska "Czerwony rower" Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2009

wtorek, 10 lutego 2009
I jeszcze taki mały bonusik - przyczyna mojej nieobecności na blogu:)Prawada że śliczny:)

Po długiej (przynajmniej dla mnie) nieobecności nazbierało mi się zaległości. Pierwsza z książek które ostatnio przeczytałam to „Własne miejsca” Katarzyny Tubylewicz. Kolejna z przeczytanych tzw. emigracyjnych powieści. Tutaj mamy do czynienia jednak z innym rodzajem emigracji, emigracją z miłości. I jak się okazuje ta również nie pozbawiona jest wad, tęsknoty i wyobcowania.

„Emigrant w polskiej literaturze ma miejsce szczególne, emigrantka w zasadzie nie ma go wcale. Katarzyna Tubylewicz we „Własnych miejscach” znakomicie portretuje postawę „polskiej żony” Szweda – jej wewnętrzne dojrzewanie, próby ogarnięcia dwóch bardzo rożnych kultur i wciąż towarzyszące bohaterce poczucie obcości. Autorka w sposób przejmujący a jednocześnie pozbawiony patosu, z niezwykłą wnikliwością językową, odkrywa przed nami „obce” wzory zachowań: idąc tropem poszczególnych słów, dociera do sedna kulturowej inności.

Ta książka to również historia miłości- i tej polskiej romantycznej i tej powściągliwej protestanckiej. To koleje związków tradycyjnych i partnerskich, histerycznych i „rozsądnych”, ale tez dzieje przełamywania stereotypów. Czy język, w jakim mówimy wpływa na to, jak kochamy? A może wystarczy uczucia po prostu wyrażać, nie pozwolić im odejść, nie przegapić ich? Bohaterowie nie powtarzają błędu Barbary Niechcicowej ,w porę zauważając swoje szczęście.”

Marianna to Polka która wyjechała z Polski dla miłości do Szweda. Wyjechała z własnej nieprzymuszonej woli, a jednak czuje się obco, tęskni, trudności sprawia jej mówienie o uczuciach w obcym języku. Dopiero narodziny syna Pawła, powoli pozwalają jej odnaleźć własne miejsce. I to właśnie Paweł staje się głównym bohaterem książki. Po śmierci Marianny Paweł niejako w spadku otrzymuje jej tęsknotę z Polską. Wyjeżdża ze Szwecji i staje się emigrantem w Polsce. Z zapisków w pamiętniku Marianny, który Paweł zabiera ze sobą, poznajemy odczucia Marianny, jej życie w Szwecji.

Powieść składa się z trzech elementów. Pierwszy to zapiski Marianny, drugi to życie Pawła w Polsce i ciągle porównywanie jej do Szwecji. Trzeci, według mnie trochę zbyteczny to życie kolejne z bohaterek Dominik. Dominika to młoda matka, uzależniona zupełnie od swoich rodziców. Mieszka z nimi, oddaje im pod całkowitą opiekę swojego syna, właściwie nie potrafi istnieć bez nich. W końcowych fragmentach książki losy Pawła i Dominiki się krzyżują ale mam wrażenie ze gdyby element Dominik zupełnie usunąć z powieści, książka tylko by zyskała.

„Własne miejsca” to debiut K.Tubylewicz. Autorka sama wyemigrowała do Szwecji i pewnie stad tak znakomita znajomość tematu. Rewelacyjne są opisy dotyczące kontaktów Pawła z matką. Poczucie zrozumienia matki z synem, ogromna więź łącząca tych dwoje to z cala pewnością marzenie niejednej z matek. Tytułowe „Własne miejsca” okazują się poczuciem bliskości z drugą osobą, to ludzie których kochamy

Być może dlatego książka wywarła na mnie tak pozytywne wrażenie, że sama jestem mamą na emigracji. Chociaż na co dzień staram się o tym nie myśleć, tęsknota jest ogromna. Wciąż usiłuje znaleźć zloty środek na wychowanie w niej dzieci. Z jednaj strony bardzo chce aby miały kontakt dalszą rodziną, z babciami, a jednoczenie boję się żebym nie zaraziła ich tą swoją tęsknotą za krajem.

Książka w każdym razie warta przeczytania

Katarzyna Tubylewicz "Własne miejsca" Wyd.Jacek Santorski, Warszawa 2005

Zakładki:
Lista życzeń
Moje ulubione
Przeczytane w 2008 roku
Przeczytane w 2009 roku
Przeczytane w 2010 roku

Custom Myspace Clock

Odsłony strony