środa, 26 listopada 2008

     Autobiograficzna książka Marii Arbatowej "Na imię mi kobieta". Według mnie wyłania się z niej obraz bardzo silnej psychicznie kobiety, żyjącej w bardzo trudnej komunistycznej rzeczywistości a jednak walczącej o swoje racje.

„Maria Arbatowa, autorka licznych książek i sztuk teatralnych, jest aktywna działaczką społeczną i polityczną. W latach ZSRR okrzyknięto ją skandalistą, ze względu na niekonwencjonalny styl życia, gdy jako młoda dziewczyna prowadziła salon w mieszkaniu na Arbacie, w którym zbierali się młodzi artyści i intelektualiści. Książka ta, jak wszystkie utwory Arbatowej, jest autobiograficzna. Wylania się z niej wizerunek kobiety nie tyle silnej z natury, co okrzepłej po przejściu prawdziwej szkoły przetrwania w warunkach komunistycznego reżimu. Opisując swoja wyboista drogę do sukcesu, autorka ukazuje zakulisowe życie instytucji naukowych, kulturalnych, artystycznych i świata show-biznesu, nie oszczędzając znanych powszechnie osób”

Maria Arbatowa spędziła dzieciństwo w szkole z internatem dla dzieci ze schorzeniami ortopedycznymi. Po śmierci ojca zdana tylko na siebie. Nie może liczyć na zajęta sobą i bratem matkę. Młodość to czas licznych przygód seksualnych, czas buntu, życie w subkulturze. Potem kolejno małżeństwo, narodziny synów, bliźniaków, walka o pozycje w świecie kultury. Poznajemy osoby w z otoczenia Arbatowej, bardzo często znane z literatury czy polityki.

Książka zdecydowanie wywołuje emocje. Trudna droga Arbatowej to ciągła walka z reżimem, walka z zacofanymi nauczycielami synów, wykorzystywaniem kobiet. I to właśnie wykorzystywanie kobiet wyłania się jako główny temat książki. Okazuje się iż komunistyczna Rosja to kraj mężczyzn i to od nich właśnie zależą wszystkie ważne i mniej ważne decyzje. I to właśnie im trzeba się przypodobać aby stać się „kimś”. Kolejne zdrady małżeńskie, kolejni mężczyźni w życiu Arbatowej, rozwód i znów poszukiwanie miłości.

Momentami miałam wrażenie ze sytuacje opisane przez Arbatową są wyjaskrawione. Zbyt wiele poświęciła uwagi swoim przygodom seksualnym. Z jednaj strony ukazuje nam siebie jako wspaniałą matkę która potrafi walczyć o dobro swoich synów i to oni są dla niej na pierwszym miejscu. Z drugiej jednak mamy do czynienia z osobą lekkich obyczajów,  która wciąż poszukuje kolejnych kochanków nie zważając zupełnie na to ze jest „szczęśliwą” mężatką. Trudno mi oceniać jaka była prawda. Być może aby stać się „kimś” w tamtych czasach trzeba było  postępować właśnie tak jak Arbatowa. Wiem natomiast że z całą pewnością książkę warto przeczytać.

Maria Arbatowa "Na imię mi kobieta" Twój Styl, Warszawa 2005

poniedziałek, 24 listopada 2008

„Cafe Szafe” to krakowska kawiarenka u zbiegu Małej i Felicjanek. Dlaczego szafe? Bo goście kawiarenki przesiadują w odrestaurowanych szafach.

„W pewnej nietuzinkowej krakowskiej kawiarni pojawiają się sami ekscentryczni goście: Pan Dzielnicowy (który z zasady nie karze kobiet), Pan Astronom (miłośnik ciał nie tylko niebieskich), Pan Karol (doktor socjologii handlujący perskimi dywanami)oraz wielu innych. Przy kawie, jazzie, kieliszku tokaju snują niesłychanie interesujące, często zabawne opowieści”

Łukasz Dębski to współwłaściciel klubokawiarni Cafe Szafe która naprawdę istnieje w Krakowie. W książce spotykamy gości kawiarni i poznajemy ich historie. Co ważne opowieści te mieszczą się w ramach czasowych prawdziwych wydarzeń np. wizyta papieża na krakowskich Błoniach. Poznajemy Pana Karola, który po całonocnej imprezie budzi się na Błoniach tuż przed wizytą papieża, studenta, który w prezencie urodzinowym dla siostry spędza noc na pędzącej karuzeli, podczas gdy  obsługujący ją pracownik zasnął.  Każdy z gości to kolorowa osobowość, a co za tym idzie barwna, niekiedy śmieszna a niekiedy niesamowita historia. Koniec bankrutującej kawiarni goście wraz z właścicielem uczcili na skradzionej łodzi płynące w stronę klasztoru w Tyńcu zatrzymani przez patrol policji .

Musze przyznać że bardzo przyjemnie się czytało. Wiele razy gdy wyobrażałam sobie opisana przez Łukasza Dębskiego sytuacje wybuchałam śmiechem. Chociaż nie jestem wielbicielką Krakowa, nie byłam tam zbyt wiele razy, to czytając można było poczuć ta atmosferę. Taki kawiarniano-artystyczny Kraków z pojawiającym się i znikającym we mgle Mrożkiem.

 Łukasz Dębski "Cafe Szafe", Świat Książki, Warszawa 2006

wtorek, 18 listopada 2008

Temat podjęty przez Sally Nicholls na pewno nie należy do łatwych. Trudno mówić o chorobie, cierpieniu, śmierci, tym bardziej jeśli dotyczy to dzieci. ”Olivier i zeszyt z marzeniami” jest jednak książką optymistyczną, dającą nadzieje.

„Olivier jest starszym kolegą Oskara, bohatera bestsellerowej książki „Oskar i pani Róża”. Jego historia jest jednak inna...

Olivier ma jedenaście lat i uwielbia fakty. Chce wiedzieć wszystko o sterowcach, duchach, naukowcach i jak to jest, kiedy pierwszy raz całuje się dziewczynę. Olivier ma tez listę marzeń do spełnienia. Czy uda się je zrealizować choremu na białaczkę chłopcu? Oto dziennik Oliviera, pełen marzeń i wiary, ze można je spełnić”

Książka to pamiętnik chorego dziecka. Znajdziemy tu jego przemyślenia, lęki ale i radości. Dzieli się z czytelnikiem tym wszystkim co w danym momencie jest dla niego ważne. Przez pryzmat notatek Oliviera poznajemy również jego rodziców i siostrę, a także babcie, przyjaciela Feliksa, nauczycielkę. Mimo, iż wciąż w książce pojawia się obawa przed śmiercią, mimo iż cały czas mamy świadomość tego jak poważny jest stan zdrowia Oliviera książkę czyta się, nie powiem łatwo, czy przyjemnie ale tez nie mogę powiedzieć ze ciężko.

Książka daje do myślenia. Postawa dziecka, postawa jego rodziców pozwala, a nawet każe zastanowić się nad naszym podejściem do życia. Każe cieszyć się niewielkimi rzeczami, cieszyć się tym ze żyjemy. Dla Oliviera ogromna radością staje się jazda na sankach, ogromny wyzwaniem wejście po ruchomych schodach. Największym marzeniem jest lot sterowcem. Początkowo wydaje się nieosiągalne. Jednak z pomocą rodziców i to marzenie się spełnia. Olivier umiera. Ale umiera szczęśliwy, umiera w domu, wśród swoich bliskich.

Książka jak pisałam na początku bardzo przypomina „Oskara i panią Róże”. Tamta powieść jednak wydaje mi się bardziej „uduchowiona”. Tutaj mamy wszystko napisane wprost, napisane tak jak widzi to dziecko.

Bardzo polecam. Książka skłania do refleksji, do pochylenia się nad tymi małymi bohaterami którzy codziennie toczą walkę z nierównym sobie przeciwnikiem.

I jeszcze jedna ważna informacja. Kupując książkę „Olivier i zeszyt z marzeniami” wspieramy Fundacje Mam Marzenie, która pomaga bardzo chorym dzieciom spełniać ich marzenia. Tutaj więcej informacji http://www.mammarzenie.org/

Na okładce znalazły się również słowa prezesa fundacji pani Ewy Stolarskiej. Warto je zapamiętać: ”To bardzo ważne, aby mieć marzenia i umieć marzyć. Bo marzyć znaczy żyć.

Sally Nicholls "Olivier i zeszyt z marzeniami" Znak, Kraków 2008

wtorek, 11 listopada 2008

Obraz zwyczajnej czeskiej rodziny. Rodziny jakich wiele, a jednak właśnie tą coś wyróżnia. I jak sam tytuł mówi poznajemy jej członków z zapisków prowadzonych przez ojca i jego dzieci. „Zapisywacze ojcowskiej miłości” Michala Viewegh to przeplatające się notatki tej trojki, niejednokrotnie ocierające się o granice absurdu jednak w gruncie rzeczy życie tej rodziny i jej problemy są nam znajome.

„Kiedy moja córka była mała, obiecywałem sobie, ze kiedyś napisze dla niej książkę z bajkami. Co roku z najróżniejszych powodów to jednak przekładałem i zawsze zaczynałem pisać coś zupełnie innego, jakoś ambitniejszego – jakby książki dla dorosłych bardziej się liczyły! Wreszcie tę szanse definitywnie zmarnowałem: dzisiaj moja córka ma prawie piętnaście lat i bajek, ma się rozumieć , od dawna już nie czyta. Kiedy jednak w zeszłym roku w Ameryce zacząłem pisać „Zapisywaczy ojcowskiej miłości”, zrozumiałem, że jeszcze nadejdzie czas na realizacje dawnego postanowienia. Od córki dzielił mnie wtedy przez dwa długie miesiące cały Ocean Atlantycki ja z każdym dniem uświadamiałem sobie, ze te książkę pisze wreszcie przede wszystkim dla niej. Nie jest to jednak owa pierwotnie zamierzona książka z bajkami, a nawet podczas jej lektury może się czasem wydawać, ze dla tak młodej dziewczynie jest całkiem odpowiednia. Wiem o tym. Musiałem się jednak podczas pisania kierować się tym, co moja babcia powtarzała za każdym razem, kiedy planowałem kupić córce jakieś ubrania: „Kup jej przynajmniej o dwa rozmiary za duże, rozumiesz? W ty roku trochę jej to będzie dyndać, ale pal to licho, najważniejsze, że za rok będzie jak ulał”

Ojciec rodziny zachęcony przez córkę zaczyna opisywać wszystko co pamięta z jej dzieciństwa. Robi to niechętnie bo  niezbyt pewnie się czuje w dłuższych formach pisarskich. Jednak skoro córce obiecuje to słowa dotrzymuje. W swoich notatkach wspomina tez o swojej byłej żonie i kobiecie z obecnego związku. Bardzo trudno mu pisać jednak o uczuciach, chociaż jeżeli chodzi o chłopaków córki z każdego opisu łatwo odczytać uczucia jakimi ich darzył i w większości przypadków nie była to sympatia. Ojciec to maniak fotografowania. Wciąż chodzi z aparatem i kamera aby nie utracić niczego z życia córki.

Syn którego imienia nie poznajemy do końca to nałogowy zapisywacz. Od dzieciństwa siedzi pod stołem i wciąż pisze, Opisuje wszystko co dzieje się w domu, na ulicy, u lekarza. Cała rodzina stara się mu wyperswadować ten nałóg, ale ich wysiłki spełzają na niczym. Chłopak wydaje w końcu swoje zapiski, a na wieczorze autorskim podpisuje swoją książkę czytelnikom oczywiście siedząc pod stołem.

I córka -  Renata, prowadząca bardzo popularny tal show. Poznajemy ją na tle gości jej programów, kolejnych miłości i spotkań z tatą.

Książka Michala Viewegha jest pisana bardzo prosto, bez zbytniego moralizowania, grania na emocjach. Często wręcz śmiesznie. Mamy tu do czynienia z prawdziwą ojcowską miłością, taką która nie krytykuje, nie wytyka błędów, ale za to daje dobre fundamenty na przyszłość, taki ojciec kocha mimo wszystko i to najbardziej mnie ujęło w tej niewielkiej książeczce.

Polecam.

Michal Viewegh "Zapisywacze ojcowskiej miłości" ,Zysk i S-ka, Poznań 2007

 
poniedziałek, 10 listopada 2008

Historia kilkorga osób które spotykają się na terapii grupowej na dziennym oddziale szpitala psychiatrycznego. Dość szczególny początek dla całkiem dobrej książki. Paulina Grych w „Schizie” zabiera glos za tych, których na co dzień nikt nie słucha, oni nie maja glosy, a jednak jak się okazuje maja sporo do powiedzenia.

 

„Wołają: wariatka. A Jenny jest po prostu artystką i widzi więcej. Mówią: wariatka nie powinna mieć dzieci. Dlatego Diana usuwa ciążę. Jest jeszcze Beata, która rozmawia z aniołami, Marek – weteran wojny w Iraku uciekający przed toksyczna miłością ciotki, wreszcie Henry, zwany Heńkiem jebaką, próbujący odnaleźć po latach swoją wielką miłość. Wszyscy żyją w Szczecinie. Jedni – pacjenci oddziału dziennego psychiatryka, inni- pozornie zdrowi.

A w tle polska rzeczywistość. Wścibscy sąsiedzi. Niechciane dzieci. Agresja. Przygodne romanse. Śmierć. Jednym słowem –schiza.”

Diana to neurotyczka zakochana w swoim terapeucie, Beata schizofreniczka, która wciąż słyszy glosy, Marek emerytowany żołnierz zwolniony z wojska za próbę ucieczki z bazy w Iraku. Miedzy tymi ludźmi zaczyna rodzic się cos czego chyba sami nie potrafią na początku nazwać. Kolejno dołączają do nich inni ;Jenny- matka Diany, Henryk jej dawny kochanek, w młodości damski bokser, Karol - niespełniony, zakompleksiony pisarz. Okazuje się ze i ci „inni” mogą się zakochać, mogą się przyjaźnić naprawdę , mogą liczyć na siebie w chwilach zwątpienia, mogą normalnie żyć. Wśród innych, sobie podobnych znajdują ukojenie własnych lęków i obaw, zrozumienie.

Początkowo książkę jakoś trudno mi się czytało. Kolejne rozdziały dotyczyły pojedynczych bohaterów i jakoś zupełnie nie łączyły się ze sobą. Stopniowo jednak okazywało się, że te poszczególne osoby się znają i maja jednak ze sobą cos wspólnego

Paulina Grych napisała książkę dość smutna jednak nie kończącą się smutno całą pewnością nie znajdziemy w niej recepty jak żyć.  Pokazuje ze warto próbować, warto oswajać swoje lęki. Powolne oswajanie lęków bohaterów daje nadzieje ze szczęście. Paulina Grych daje glos tym którzy na codziennie mijają nas niezauważeni na ulicy, tym którzy wydają się nie mieć nic do powiedzenia. Jednak gdy głębiej się nad tym zastanowić wydaje się ze tych „innych” jest wśród nas więcej. Być może sami do nich należymy...

Paulina Grych "Schiza" Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008

środa, 05 listopada 2008

Książkę „Goodbye Polsko” Joanny Czechowskiej znalazłam na polce podczas niedawnej wizyty w bibliotece. Zaciekawił mnie tytuł. Pomyślałam ze może znajdę tam cos o „sobie”. W końcu życie na emigracji dotyczy również mnie.

„Goodbye Polsko” to opowieść o trzech pokoleniach Polaków żyjących w Anglii, w Derby.

Helena Baran  została wywieziona w czasie wojny na roboty do Niemiec a stamtąd wyjechała do Anglii. Poznaje tam swojego męża Tadeusza. Kolejno już na emigracji rodzi im się trojka dzieci. Seniorka rodu tuż po wojnie odnajduje swoją córkę i zamieszkuje z nią w Anglii wciąż jednak tęskniąc do Polski. Babcia ma trudności z nauką angielskiego, wciąż żyje wizją cudownego życia w Polsce, wciąż żyje przeszłością, kiedy to obracała się w wyższych sferach, wiodła ciekawe życie u boku męża z książęcej rodziny. Tą przeszłością i polskością usiłuje zarazić wnuki. Wnuki znające Polskę jedynie z opowieści. Najstarsza wnuczka Wanda stara się odciąć od przeszłości. Powoli zaczyna unikać wszystkiego co polskie, chce stać się Angielka. Najmłodszy wnuk Janek robi to zdecydowanie. Przestaje się uczyć polskiego, a z czasem nawet w domu zaczyna mówić po angielsku. Jedynie średnia Zosia pod wpływem babci zaczyna być dumna ze swojej polskości, chce studiować polonistykę, chce zobaczyć kraj swoich przodków .Reszty fabuły nie będę zdradzać. Może ktoś zechce przeczytać.

Książka niewielkich rozmiarów. Czyta się ją bardzo szybko. Historia którą opowiedziała autorka oparta jest na autobiografii. Joanna Czechowska jest córką emigranta z Polski i pewnie niektóre z wątków książki przeżyła sama. Książka pokazuje ze nie warto na siłe odcinać się od korzeni, od swojej przeszłości. Zwłaszcza że Polacy nie maja się czego wstydzić, nie trzeba się wstydzić Polski.

Myślę ze każdy z nas powinien wiedzieć skąd pochodzi, gdzie są jego korzenie. Ta świadomość daje siłę. Wiemy kim jesteśmy.

Bardzo denerwująca dla mnie jest silna chęć „wbicia” się w kulturę i życie tutaj. Pisze wbicia bo chodzi mi tu o tych którzy na siłe chcą się stać Anglikami. Oczywiście zgadzam się ze aby tu żyć trzeba się zasymilować ze społeczeństwem, korzystać z dobrodziejstw kultury. Za złe uważam jednak zupełne zaprzestanie rozmów po polsku z dziećmi, rezygnacje z kontaktów z rodzina, zaprzestanie wyjazdów. Pozwólmy dzieciom na wybór kim stanął się w przyszłości. Nauka dwóch języków dla dziecka, zwłaszcza dla małego to nie problem. Nie można decydować już teraz że i one będą chciały tu żyć. Mówiąc w dwóch językach dziecko ma większe możliwości w przyszłości, ma poczucie tego skąd jest.

Miało być o książce a zrobił się wywód o wychowaniuJ, ale czasem i tak trzeba!

Joanna Czechowska "Goodbye Polsko", Media Foran, Warszawa 2006

wtorek, 04 listopada 2008

Recenzje książki o której chce dziś napisać znalazłam w jakimś typowo kobiecym piśmie. A ponieważ mi się spodobała, książka wkrótce znalazła się na półce a stąd już niedaleko do przeczytania.

„Złote nietoperze” to debiutancka powieść Grażyny Jeromin-Galuszka i oby więcej takich debiutów w polskiej literaturze.

„Złote nietoperze to znakomicie skonstruowana historia dwóch młodych kobiet, które spotykają się w dramatycznych okolicznościach. Matylda i Lora różnią się od siebie prawie wszystkim, mimo to pojawia się miedzy nimi zaskakująca nić porozumienia...Żywa fabuła, wyraziste portrety bohaterów oraz wątek sensacyjny sprawiają, ze sceny w książce przesuwają się jak w dobrym filmie”

Tytułowe złote nietoperze to cos złudnego, cos co nie istnieje i taki tez jest świat głównej bohaterki Matyldy. Jako dziecko odrzucona przez matkę wciąż poszukuje swego miejsca na ziemi i gdy już, już wydaje się ze będzie wreszcie szczęśliwa okazuje się ze to tylko złudzenie, tytułowe nietoperze dają o sobie znać.

Na pewnym etapie swojego życia, na kolejnym zakręcie spotyka Mateusza. Powoli u jego boku buduje swój mały świat. Znowu wszystko zaczyna się układać, nawet śmierć Mateusza wydaje się czymś dobrym. Nareszcie Matylda może żyć własnym życiem. I oczywiście to tez wydaje się złudne i dość szybko okazuje się ze znowu się myliła. Pojawia się żona Mateusza i zaczyna rościć sobie prawa do domu i całego gospodarstwa.

Lora jest kobietą zupełnie inną niż Matylda. Ubiera się inaczej, zachowuje się inaczej nawet je inaczej

Mimo to miedzy kobietami powoli rodzi się przyjaźń chociaż na początku obie nie zdają sobie z tego sprawy. Powoli obie odkrywają całą prawdę o Mateuszu. Wtedy tez nareszcie Matylda okazuje się szczęśliwa. Uwalnia się od przeszłości.

Książkę czyta się bardzo przyjemnie i szybko, nie jest to jednak takie typowe lekkie czytadło.

Autorka skonstruowała naprawdę dobra powieść w przy której można poczuć radość, smutek, czasem zadumę. Postacie są jednoznaczne. Albo czarne, albo białe. Tu nie ma miejsca na szarość, bylejakość. Sama historia dwóch kobiet wydaje się prosta i łatwa do przewidzenia jednak dzięki „miedzy wierszami” przemyconym elementom zmuszającym do refleksji książka jest inna i na pewno nie przez to gorsza. Z cała pewnością jest świetną alternatywą dla lekkich, płytkich lekturek

Jednym słowem jak dla mnie bardzo na tak. Dodam jeszcze ze książka otrzymała pierwsze miejsce w konkursie literackim „Kolory życia” a tutaj link http://www.wydawca.com.pl/index.php?s=info&kat=1&dzial=77&poddzial=0&id=789

 

Grażyna Jeromin-Gałuszka "Złote nietoperze", Prószyński i S-ka, Warszawa 2007

Zakładki:
Lista życzeń
Moje ulubione
Przeczytane w 2008 roku
Przeczytane w 2009 roku
Przeczytane w 2010 roku

Custom Myspace Clock

Odsłony strony